Showing posts with label Shanghai. Show all posts
Showing posts with label Shanghai. Show all posts

snow

snow_ SHA
Zima w Szanghaju w 2011.
___________________
Shanghai winter in 2011.

blue: 狗 _SHA

狗
Shanghai, 5-2011

echo

echo

T

T

bieg

draw the line 2

Biegniesz. Biegniesz już od jakiegoś czasu. W twojej głowie kołaczą się myśli, bo z nimi jest łatwiej skończyć upatrzony dystans. Przychodzi jednak to okrążenie, w którym musisz dać z siebie wszystko i biec jak szalony. Jak kto woli: może to być okrążenie w środku dystansu lub jedno z końcowych. Grunt, żeby dać z siebie absolutnie wszystko. O dziwo, po skończeniu takiego okrążenia, pomimo zmęczenia, biegnie się lepiej.

Mijasz znajome kształty drzew, wchodzisz w ostatni zakręt przed bramką, według której odliczasz okrążenia. Zapomnij o wszystkim, na to jedno okrążenie zostaw wszystko za sobą, niech nic cię nie obciąża. Ty i dystans przed tobą. Dwie nogi, jedno serce i chmara innych mięśni. Biegnij!

taksówki

Shanghai taxi
Każdy z nas tutaj oglądał świat z tej perspektywy.

Poranek Szanghajski (w Brandach)

西安扫帚

Wkładam swoje buty Feiyue, podciągam nogawki moich spodni Uniqlo (bo mimo wczesnej pory dnia jest już całkiem parno), zakładam t-shirt The Thing. Wsiadam na mój rower Yongjiou i wyjeżdżam z akademika Jiao Tong(myślę, że strażnicy przyzwyczaili się już do mego poruszania się po korytarzach rowerem). W uszach mam moje słuchawki AKG (których nikomu nie polecam), w kieszeni zdezelowanego Ipoda (bóg wie jak bardzo opóźnionej generacji). Ze słuchawek wydobywa się dźwięk „Rome” (Danger Mouse i Danielle Lupi). Po drodze do Bread Studio(prowadzonej przez Japończyków piekarni), spotykam moją koleżankę w białych jak śnieg okularach Ray-ban. Wyjeżdżam przez bramę kampusu, gdy mija mnie grafitowe Porsche.

Piekarnia. Przestrzeń wypełnia głos Stinga (śpiewającego o tym, że jest Anglikiem w Nowym Jorku). Kupuję chleb i sięgam po Murakamiego (piekarnia wyposażona jest w mini-biblioteczkę, w której skład wchodzą między innym „Wild sheep chase” oraz „Blind willow, sleeping woman). Zagłębiam się w lekturę.

W drodze powrotnej zatrzymuję się przy markecie Nongcun (kupuję w nim 5 litrową butelkę wody Nongfu Springs). W drodze powrotnej mijam sklepy Lawson(Japonia) i 7-11(USA). Przed bramą uniwersytetu mija mnie kolejne Porsche, tym razem w kolorze czerwieni.

wielbiciele zwierząt

animal lover: sing for me
animal lover : pighead
photo:
1. zaśpiewaj mi
2. świńska głowa

szanghaj-fukushima



Przez ostatnie parę dni, powoli, ospale zaczynam sobie zdawać sprawę z tego jak działa nuklearna paranoja. Co prawda jestem na świecie na tyle długo, by móc pochwalić się faktem, że jako dzieciak mogłem się wygrzewać w słońcu sponsorowanym przez naszych towarzyszy z Czarnobylu, jednak ten punkt obserwacji odległy jest o ponad dwie dekady, od tego bardziej przerażającego. Ja żyję z tym faktem, zaakceptowałem go wcześnie wrzucając do folderu „ciekawe fakty”. Ale jak musieli się wtedy czuć nasi rodzice? Nie było Internetu. Nie było żadnych wieści. Czy mój szkrab będzie teraz upośledzony do końca życia? Czy jego głowa wybuchnie za dwa tygodnie?

Teraz jest inaczej. Telewizja, Internet i radio zasypują nas informacjami ze wszelkich możliwych źródeł. Można podziwiać garnitur eksperta z dziedziny energii atomowej, posłuchać radiowego głosu profesora ekonomii, popatrzeć na świetne zdjęcia odważnych fotografów. Ale czy wiemy tak naprawdę więcej? Ludzie wykupili w Chinach sól z jodem. Soli w sklepach nie ma. Masek na twarz również brakuje. Oczywiście obydwa środki są zwyczajnie śmieszne i ktokolwiek logicznie myślący zda sobie sprawę, że ani jedzenie soli kilogramami, ani tym bardziej zakrywanie ust nie pomoże, jeśli wiatr radioaktywny tu dotrze. Jednak ludzie tacy jak Ty i Ja poszli do sklepów. Przygniecieni masą informacji, wymieniają się często sprzecznymi informacjami. Efekt jest taki sam jak 25 lat temu: panika.



Co ze mną? Siedzę częściej w domu, bo nie zaszkodzi. Mam też w zapasie jodynę. Też jestem częścią tej paranoi, ale i nie jestem przy tym obojętny. Polskie media nie zbombardowały mnie godzinnymi relacjami z odległego kraju, słyszałem za to opowieści o rodzinach i bliskich moich znajomych z kraju, który znajduje się bardzo blisko.

p.s.
Do tego mam kolejny fakt do wrzucenia do folderu „ciekawych faktów”. Znajdziesz go pod tytułem „najbardziej pechowy bilet lotniczy”. Bilet do Tokyo, który kupiłem 1,5 godziny przed trzęsieniem ziemi.

Zdjęcia:
1)nie wychodź z domu
2)niebieska linia

smog, deszcz, mgła i Bund

smogy bund 2



Bund, zwany również wai tan to dytrykt Szanghaju znajdujący się nad rzeką Huangpu. Dzielnica ta pełna jest 19 i 20 wiecznej architektury i stanowi świetny kontrast dla znajdującego się po drugiej stronie rzeki, pełnego "nowoczesnych" drapaczy chmur Pudongu. Znajdziesz tu luksusowe kluby, siedziby wielkich korporacji i jeszcze większych banków oraz galerie. Tu też odbywają się te festiwale, które mogą poszczycić się poważanymi sponsorami.

wielki mur


minhang

Najmłodszy z kampusów uniwersytetu Jiaotong. 2,822,903m2 wypełnione po przegi ogromnymi budynkami o kształtach rodem z brutalizmu i modernizmu, w tym wydział prawa, na którym co poniedziałek mam zajęcia.

50 o poranku _lub_nowy rok


Odbieram swoją kurtkę. Wymieniam z szatniarką parę słów. Króluje temat pogody, która wyjątkowo zimna jest teraz. Wychodzę z klubu.

Jak wygląda tu scena klubowa? Czym wymalowano nocny pejzaż Szanghaju? Dużo tu przepychu. Szeroki wybór miejsc. Złudny, bo muzyka, z wyjątkiem paru miejsc, wszędzie podobna. Trudnym zadaniem okazuje się znalezienie miejsc autentycznych, takich, w których nie otaczają cię ludzie, którzy przyszli nie po to, by bawić się, ale by manifestować swój byt wśród błysku imprezowych aparatów. W gruncie rzeczy krajobraz namalowany tą samą techniką, co ten Krakowski i Katowicki, tylko płótno jest tu zdecydowanie większe, więc ciekawe detale trudniej znaleźć.

Szybkim krokiem (bo zimno!) mijam Hongshi, gdy nagle oślepia mnie światło. Reflektory taksówki - oczy drapieżnika. Czekająca przy wodopoju na oddalające się od stada zwierzęta, poluje na łatwy kąsek. Nic z tego. Kampus jest niedaleko, a ja zwyczajnie lubię powroty na piechotę. Bestia nie daje za wygraną. Gdy mijam samochód, kierowca włącza silnik. Drapieżca nie daje za wygraną. Zawraca i powoli podąża za mną. Czai się tuż za mną. By go zgubić wchodzę do nocnego.

Skąd wracam? Gdzie była moja kurtka? Byłem na ostatnim koncercie w Mao Livehouse. Ostatnim, bo klub skupiający wokół siebie prawie całą lokalną rockową scenę przenosi się w okolice bliższe centrum. Sześć zespołów, dwóch DJów. W typowym dla Szanghaju stylu wybrane drinki były przez godzinę za darmo. Klub pełny, w iście festiwalowym stylu trzeba było przeciskać się między ludźmi. Można było nawet dołączyć (co też i zrobiliśmy) do czegoś, z czym jak dotąd w Chinach się nie spotkałem: młyna ludzkiego przed sceną. Jednej Chince udało się popłynąć na rękach tłumu.

Wychodzę ze sklepu, w drzwiach mijam ponad dwu metrowego, czarnoskórego kolesia z dredami. Pokój, bracie- mówi po angielsku. Pokój bracie - odpowiadam. Na zewnątrz wita mnie uśmiechnięty (a raczej szczerzący kły!) taksówkarz. Przy krawężniku dalej czai się czterokołowy, niestrudzony i wiecznie głodny napastnik.

43 wesołych _lub_merry

23

Powietrze jest tu inne: czyste i zimne. Na około brak jest zgiełku Szanghaju, do którego przywykły moje uszy. Oczy dziwią się temu, jak mało tu budynków i jak niska jest tu zabudowa. Stacja metra nie różni się niczym od swych odpowiedników w centrum, jednak świat zastany po skasowaniu biletu w bramkach wyjściowych jest już zupełnie inny. Jedno - dwu piętrowe budynki, drzewa, śmietniska i górująca nad całym krajobrazem ogromna sylwetka hali produkcyjnej, za nią w oddali majaczą drapacze chmur.

Po 10 minutowej podróży docieramy do naszego celu: szeregu szarych, betonowych budynków. Jedynym, co wyróżnia ten kompleks od innych w tej okolicy, jest znajdująca się przed jego bramą kamera przemysłowa. Przy wejściu, machając kwiatami w rytm wykrzykiwanych słów podziękowań witają nas wychowankowie mieszczącej się tu szkoły. Uginają się pod nami kolana i nawet nie zauważamy jak przyzwyczajona do tego kanadyjka – organizatorka akcji ustawia nas do pamiątkowego zdjęcia.
Wraz z innymi obcokrajowcami przyjechaliśmy pomóc w rozdawaniu pakunków, zebranych podczas akcji charytatywnej organizacji ekspatriantów(http://givingtreechina.org/home/).

30

Miesiąc wcześniej, każde z nas otrzymało torbę i różową kartkę z imieniem, wiekiem, wzrostem i wagą dziecka, któremu w ramach prezentu kupowaliśmy kurtki, przybory do szkoły, zabawki. Akcja odbyła się dużo przed świętami: władze nie życzą sobie, by cokolwiek poza nazwą akcji „giving tree” sugerowało jakikolwiek związek z świętami bożego narodzenia.

6
1
2

Powitanie z kwiatami okazuje się być jedynie wstępem do widowiska, jakie przygotowali dla nas pedagodzy i ich podopieczni. Przed naszymi oczyma ubrane w zielone mundurki dzieci, wykonują starannie przygotowaną musztrę w paru aktach przerywanych oficjalnymi podziękowaniami. Ogromny plac zalewa się kotłującą rzeką zielonych sylwetek szkrabów. Dzieci patrzą na nas oczyma pełnymi zdziwienia, trochę przestraszonymi, tak pojawieniem się obcych, jak i pewnie powagą przedstawienia, w jakim biorą udział. My odpowiadamy minami bliźniaczo podobnymi, przesączonymi uczuciem oderwania z kontekstu.

13
20
18

Po zakończeniu widowiska dzieci szeregami udają się do klas. Otrząsamy się z osłupienia i podążamy za nimi. Klasa, do której mnie przydzielono znajduje się na drugim piętrze środkowego budynku kompleksu, w którym mieszczą sie klasy dla ponad 1000 dzieci napływowych robotników pracujących w Szanghaju. Po przekroczeniu progu wita nas ponad 40 par oczu. Jeszcze niedawno obecny w nich strach ustępuje zaciekawieniu. Dzieci usadowione są w drewnianych ławkach, podłoga jest betonowa, w klasie nie ma ogrzewania, koło tablicy znajduje się 40 calowy telewizor-monitor obsługiwany za pomocą komputera-konsolety znajdującego się pod biurkiem nauczyciela. Po krótkim przedstawieniu dzieci witają nas gromkim „hello!”.
Rozpoczyna się rozdawanie prezentów: nauczycielka odczytuje imię dziewczynki lub chłopca, dla którego przeznaczona jest paczka, a my wręczamy je dzieciakom. Po pierwszych wymianach słownych „proszę to dla ciebie”, na wypowiedziane z chińskim z akcentem „dziękuję” i naszych odpowiedzi „nie ma sprawy”, coś pęka. Dzieci przestają okazywać dystans i z uśmiechem i zaciekawienie wyczekują swego imienia, a my razem z tą przemianą powoli przestajemy się czuć nieswojo. Wraz z tym jak kolejne torby trafiają do adresatów w klasie wzrasta wrzawa. W rękach dzieciaków pojawiają się kredki, samochody, ubrania, piłki, pluszowe misie i miecze, w oczach błysk szczęścia. Śmieją się, biegają po klasie, by pochwalić się swymi zdobyczami.

26

W Chinach obowiązuje sięgające czasów feudalnych prawo zhukou, które przypomina nasze przywiązanie chłopów do ziemi. By dzieci mogły korzystać z państwowego systemu darmowej edukacji rodzice muszą być zameldowani w danym mieście. Proces taki jest długi, wyjątkowo skomplikowany i kosztowny. Robotnicy będący częścią największej migracji w dziejach ludzkości, często nie są w stanie otrzymać lokalnego zhukou, a tym samym zapewnić swoim dzieciom chociażby tej podstawowej edukacji. Organizacje charytatywne, takie jak giving tree zajmują się tworzeniem i wspieraniem szkół, w których to stara się wyrównać szanse dzieci napływowych robotników. Szanghaj, nie pierwszy raz, korzystając z swej uprzywilejowanej w Chinach pozycji, jest jedynym miastem, w którym szkoły te zostały zalegalizowane.

27

Gdy podążamy dziedzińcem w kierunku bramy żegna nas zupełnie odmienne widowisko od tego, które nas witało. Nie ma w nim tremy, spięcia, wszystko jest bardziej spontaniczne, naturalne. Otaczają nas uśmiechnięte, biegające, skaczące i rozwrzeszczane szkraby. Nieruchome pozują do zdjęć, by po chwili rozbiegnąć się na wszystkie strony dziedzińca.

Wystarczył tylko jeden dobry uczynek.